Bluzgaliśmy o czymś - Dox
Pseudokrytyk, Pseudopisarz, Pseudopolityk

Bluzgaliśmy o czymś

Bluzgaliśmy o czymś

Dużo ludzi bluzga. Ja bluzgam, ty bluzgasz, sąsiad bluzga, masa ludzi w Internecie bluzga. Śledzę wiele fanpage’ów na fejsie. Widzę przekleństwa, próbę zaistnienia, ale i zwykłe pozerstwo. Bo bluzganie w ich tekstach to jest zwykłe pozerstwo. Powiecie, że jestem hipokrytą, bo ja czy [dwk] wybiliśmy się na kontrowersyjnym, mocnym pisaniu. I po części będziecie mieli rację. Jednak my – w odróżnieniu od masy fejsbukowych blogerów – my bluzgaliśmy o czymś.

Pamiętam swoje początki w tworzeniu treści na FB. Pierwszy fanpage założony z kilkoma kolegami. Końcówka trzeciej liceum. Kilkaset polubień strony, jakaś tam mini aktywność. Współautorzy, którzy wypalali się po jednym tekście. I ja, ten, który przez kilka tygodni próbował to wszystko ciągnąć, ale kończyła mu się ochota. A potem w moim życiu pojawił się [dwk]…

Powiedział wprost, że szuka kogoś do pisania na jego stronie. Widzi, że dobrze mi idzie, ale mam małe zasięgi. Zaprosił więc do siebie. Pamiętam, że moją pierwszą myślą było – matko, ale tragiczna nazwa. Nazwa, którą potem pokochałem – Wolni od skazy lewactwa. Wydawała mi się dziecinna, nieco głupia i niepoważna. Jednak pisanie pod jej szyldem sprawiało masę radochy.

Moje pierwsze teksty, pisanie wraz z [dwk] + bycie wspomaganym memami od [ko]. Nagle po kilkadziesiąt komentarzy pod każdym postem, setki polubień. Do tego trzeba było się przyzwyczaić. W dodatku ten nasz charakterystyczny styl…

Nie macie pojęcia, ile było w nas wkurwu. Wchodziliśmy w dorosły świat, a wydawał się nam on beznadziejny. Więc jechaliśmy wszystko i wszystkich równo. Był w nas gniew, który siedział też w innych. Był to głos pokolenia ludzi, którzy mieli już dosyć. Nasze słowa były słowami, które na ustach miało wielu.

W kilka miesięcy z kilkunastu tysięcy polubień (chyba 14k w momencie gdy dołączyłem) zrobiło się ich blisko trzydzieści. Był moment, gdy poczułem, że słowa, które wystukuję na klawiaturze mają wpływ na to, w jaki sposób ktoś inny postrzega rzeczywistość. Poczułem się odpowiedzialny za to, co robię. Pomyślałem sobie – cholera, ten fanpage to trochę jak taka gazeta. Bo w istocie tak było.

To co mnie najbardziej cieszy to to, że zawsze pisaliśmy swoje. Za każdym razem w zgodzie z własnym sumieniem. Mogliśmy kogoś lubić, ale gdy czuliśmy, że robi coś źle – pisaliśmy o tym. Oczywiście często z domieszką bluzgów. Jednak nasze bluzgi nie były zwykłymi wulgaryzmami pisanymi pod publikę. One były dopełnieniem treści. Spełniały funkcję wyłącznie otoczki, która tworzyła specyficzny klimat strony.

Jeszcze trzy lata temu udostępniało nas kilka większych fanpejdży. Bo byliśmy mali i niegroźni. Jednak gdy urośliśmy, staliśmy się „konkurencją”. Nagle zaczęto o nas milczeć. Nie istnieliśmy. Gdy Facebook banował naszą stronę, niewielu pomagało w przekazaniu informacji o utworzeniu wersji 2.0/3.0/4.0…

Ale my ciągle byliśmy. Potem pod zmienioną nazwą – Zbyt Poinformowani. Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, od razu się uśmiechnąłem. Przewidziałem, że szybko pojawią się komentarze w stylu „Zbyt Poinformowani? Chyba Zbyt Pojebani”, „Matko, chyba Zbyt Niedoinformowani”. Cóż, miałem rację. W każdym razie pisaliśmy i dalej robiliśmy swoje.

Przez ostatnie trzy lata pojawił się wysyp autorów, którzy też próbowali bluzgać. Być fajni, wkurwieni i gromadzić wokół siebie innych fajnych i wkurwionych. Problem w tym, że nie można budować strony wyłącznie na gniewie. Za tobą musi stać treść, musisz pokazywać, że masz wiedzę, dobrze analizujesz różne wydarzenia. Oni tego nie mieli, był tylko ostry, ale pusty język. Ich już nie ma, my dobijamy do czterdziestu tysięcy polubień. Bo my jesteśmy w tym autentyczni.

Nasunął mi się październik ubiegłego roku. Okres „Czarnego protestu”. Szczytowy w historii naszego pisania. Dobiliśmy do rekordowego zasięgu – milion osiemset tysięcy osób tygodniowo. To był dla mnie szok. Pamiętam jak siedziałem na krześle i patrzyłem się tępym wzrokiem w ekran. Wyobrażałem sobie, że co dwudziesty Polak choć przez sekundę zawiesił oko na którymś naszym poście. Poczułem, że aż nieco mnie to przytłacza. Jednak od tego czasu liczby przestały na mnie wywierać wrażenie. Stwierdziłem, że jestem gotów na pisanie dla takiej ilości.

No właśnie, liczby. Nauczyliśmy się nie patrzeć na statystyki. Nie obchodziły nas spadki polubień, liczba negatywnych komentarzy. Po prostu dalej pisaliśmy, za nic nie chcieliśmy odejść od naszego stylu i sposobu prowadzenia strony. I finalnie każdego tygodnia mieliśmy coraz więcej czytelników. Przypuszczam, że przyciągnęliśmy do siebie ludzi tym, że cały czas byliśmy sobą. Nikomu nie chcieliśmy się przymilać, nie omijaliśmy trudnych tematów. Biliśmy tam, gdzie boli. I trafialiśmy mocno i celnie.

Chciałem, żeby był to pierwszy tekst na mojej nowej stronie. Stronie, która bez Was nie będzie istniała. Niektórzy znają mnie już od trzech lat, inni krócej. To nic, jesteście, to dla mnie wiele znaczy. Dziś nie ma już we mnie tego gniewu co kiedyś. Przynajmniej nie w tak dużej ilości. Przybyło mi za to nieco wiedzy, ogłady i samokrytyki (skromności za nic). Witajcie w moim świecie, mam nadzieję, że będziecie czuli się tu dobrze. Bo i mnie jest bardzo dobrze z Wami.

Przy okazji, Darek, dzięki za to, że kilka lat temu dałeś mi zaistnieć. Paskudny z Ciebie czasem typ, ale z nikim innym bym tyle nie wytrzymał. I teraz pewnie nie miał tej strony. Dalej baw się pisaniem i wkurwiaj nim ludzi.

in
%d bloggers like this: