Dlaczego to robię? Wyjaśni Wam Tolkien - Dox
Pseudopisarz

Dlaczego to robię? Wyjaśni Wam Tolkien

Dlaczego to robię? Wyjaśni Wam Tolkien

Od samego początku chciałem spróbować. Czułem, że dam sobie radę, ale wiedziałem, że nie będzie łatwo.

Choć to dopiero początek drogi, już teraz wiem, że to była dobra decyzja. Co więcej, nie sądziłem, że w chwili pisania tych słów będę czuł się tak dobrze.

Po napisaniu tego posta kilka osób napisało do mnie z pytaniem o roraty. Raz, że jak to jest, że mi się chce. Dwa, czy w ogóle warto. To będzie chyba pierwszy raz, gdy poruszę na blogu temat wiary. Chcę, abyście poznali mój sposób patrzenia na pewne rzeczy. Między innymi codzienną mszę świętą.

Najpierw jednak zapoznajcie się z kapitalnym listem J. R. R. Tolkiena do swojego syna. Nie wiem, czy jesteście osobami wierzącymi. Jeśli nie, spróbujcie wyobrazić sobie, że jednak msza jest dla Was czymś bliskim.

List Tolkiena do syna

Do Michaela Tolkiena

Sandfield Road 76, Headington, Oksford, 1 listopada 1963

Najdroższy M!

(…) Nie da się utrzymać religii bez kościoła i duchowieństwa, a to oznacza zawodowców: księży i biskupów – a także zakonników[1]. Cenne wino musi (na tym świecie) mieć butelkę[2] albo jakiś jej mniej wartościowy substytut. Jeśli chodzi o mnie, to staję się raczej mniej niż bardziej cyniczny – pamiętając o własnych grzechach i szaleństwach; zdaję sobie też sprawę, że ludzkie serca nie są tak często złe jak ich czyny, a bardzo rzadko tak złe, jak ich słowa. (Szczególnie w naszej epoce, epoce szyderstwa i cynizmu. Jesteśmy bardziej wolni od hipokryzji, ponieważ „nie uchodzi“ głosić własnej świętości czy przyznawać się do szlachetnych porywów duszy; lecz jest to także era odwróconej hipokryzji podobnej do szeroko obecnie rozpowszechnionego odwróconego snobizmu: ludzie utrzymują, że są gorsi niż w rzeczywistości)…

Mówisz jednak o „podupadającej wierze“. To zupełnie inna sprawa. W ostatecznym rozrachunku wiara jest aktem woli, napędzanym miłością. Naszą miłość może ochłodzić, a wolę nadszarpnąć widok wad, szaleństwa, a nawet grzechów Kościoła i jego duchownych, ale nie sądzę, żeby ktoś, kto raz zyskał wiarę, porzucał ją z tych powodów (a już z pewnością nie ktoś mający jakąkolwiek wiedzę historyczną). „Zgorszenie“ co najwyżej wywołuje pokusę – jak nieprzyzwoitość wywołuje pożądanie, którego nie stwarza, lecz budzi. Jest to wygodne, ponieważ odwraca naszą uwagę od nas samych i naszych win, pozwalając nam znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego. Lecz akt woli wiary nie jest pojedynczym momentem podjęcia ostatecznej decyzji: jest to stały, bez końca powtarzany akt>stan, który musi wciąż trwać, a zatem modlimy się o „ostateczną wytrwałość“. Stale tkwi w nas pokusa „niewiary“ (która w istocie oznacza odrzucenie naszego Pana i Jego twierdzeń). Jakaś nasza cząstka pragnie znaleźć dla niej usprawiedliwienie poza nami samymi. Im silniejsza jest ta wewnętrzna pokusa, tym łatwiej i mocniej „gorszą“ nas inni.

Jedynym lekiem na słabnącą wiarę jest komunia. Choć niezmiennie jest samym sobą, doskonałym, pełnym i nietkniętym, Przenajświętszy Sakrament nie działa całkowicie i raz na zawsze dla nikogo z nas. Podobnie jak akt Wiary, musi być ciągły, wzrastać przez praktykowanie. Częstość przynosi najlepsze efekty. Siedem razy w tygodniu jest bardziej pokrzepiające niż siedem razy z przerwami. Mogę także polecić Ci jako ćwiczenie (do którego, niestety, bardzo łatwo jest znaleźć sposobność): przyjmuj komunię w okolicznościach obrażających Twój smak. Wybierz sapiącego albo bełkoczącego księdza albo dumnego pospolitego zakonnika. A także i kościół pełen zwykłego mieszczańskiego tłumu, źle wychowanych dzieci – od tych, które wrzeszczą, po te wytwory katolickich szkół, które siadają i ziewają, gdy tylko zostanie otwarte tabernakulum – brudnych młodzieńców bez krawatów, kobiet w spodniach i często z włosami w nieładzie i niczym nie przykrytymi. Przystąp do komunii razem z nimi (i módl się za nich). Będzie tak samo (a nawet lepiej), jak na mszy pięknie odprawionej przez wyraźnie świętego człowieka i wysłuchanej przez kilka pobożnych i schludnych osób. (Nie może być nic gorszego od bałaganu, jaki został po nakarmieniu pięciu tysięcy ludzi – po których nasz Pan zapowiedział nakarmienie mające dopiero nadejść.)

Mnie samego przekonuje prymat Piotrowy, a i rozejrzenie się po świecie nie pozostawia wiele wątpliwości, który z Kościołów (jeśli chrześcijaństwo jest prawdziwe) to Kościół Prawdziwy, umierająca, lecz żywa, przekupna, lecz święta, samoreformująca się i powtórnie powstająca świątynia Ducha.[3] Dla mnie jednak ten Kościół, którego uznaną głową na ziemi jest papież, ma najwyższą zasługę w tym, że zawsze bronił (i wciąż to robi) Przenajświętszego Sakramentu, oddaje mu wielką cześć i umieszcza go (co wyraźnie było intencją Chrystusa) na głównym miejscu. „Paś baranki moje“ było Jego ostatnim poleceniem dla św. Piotra; a ponieważ Jego słowa zawsze należało przede wszystkim rozumieć dosłownie, przypuszczam, że odnosiły się one przede wszystkim do Chleba Życia. To przeciwko temu została skierowana zachodnioeuropejska rewolta (czy też Reformacja) – przeciwko „bluźnierczej bajce Mszy“ – a wiara była zaledwie fałszywym tropem. Moim zdaniem największą reformę naszych czasów przeprowadził św. Pius X[4], przewyższając wszystko, choć też ogromnie potrzebne, co później osiągnie Sobór[5].


[1]Przynajmniej kiedyś byli oni niewątpliwie niezbędni. A jeśli boli nas lub czasami oburza postępowanie tych, z którymi mamy do czynienia, to chyba powinniśmy pamiętać o olbrzymim długu, jaki mamy u benedyktynów, a także o tym, że (podobnie jak Kościołowi) zawsze groziła im pokusa ulegnięcia mamonie i światu, choć nigdy w końcu jej się nie poddali. Wewnętrzny ogień nigdy nie wygasł.

[2]Niestosowne pajęczyny i kurz oraz zaplamiona etykieta nie zawsze są oznakami pośledniej zawartości – dla tych, którzy potrafią wyciągać stare korki.

[3]Nie powinno się jednak zapominać mądrych słów Charlesa Williamsa, że naszym obowiązkiem jest pielęgnować uznany za prawdziwy i ustanowiony ołtarz, chociaż Duch Święty może zesłać ogień gdzie indziej. Bóg nie może być ograniczany (nawet przez Jego własne Dzieła) – czego pierwszym i głównym przykładem jest św. Paweł – i może dla swej łaski wybrać każdą drogę. (…) Niemniej jednak, mówiąc instytucjonalnie i nie o pojedynczych duszach, droga musi w końcu podążyć w wyznaczonym jej kierunku, bo inaczej zginie w piaskach. Obok słońca istnieje blask księżyca (nawet na tyle jasny, by przy nim czytać); gdyby jednak usunąć słońce, nie byłoby widać księżyca. Czym teraz byłoby chrześcijaństwo, gdyby Kościół rzymski został zniszczony w przeszłości?

[4]Odnosi się to być może do zalecenia Piusa X na temat codziennej komunii oraz komunii dzieci. (przyp. tłum.)

[5]Drugi Sobór Watykański (1962-1966). (przyp. tłum.)

Fragment z „Listów” J.R.R. Tolkiena, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2000.

 

No to jak – warto chodzić na roraty?

Widzicie, codzienne wstawanie przed 6:00 jest trudne. Często po prostu wstaje się zaspanym. Z drugiej strony dla mnie jest to najlepsze możliwe rozpoczęcie dnia. Wysiłek, który jest wynagradzany.

Nawet zostawiając temat samej wiary. Wczesne wstawanie sprawia, że mam przed sobą znacznie więcej dnia. Tak naprawdę bloga udało mi się ponownie ożywić właśnie przez to, że mogę napisać coś z rana przed zajęciami na studiach.

Poza tym dla mnie chodzenie na roraty to najlepsze przygotowanie do Bożego Narodzenia z możliwych. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, żebym miał je teraz sobie odpuścić. Na swój sposób mnie one zdyscyplinowały. Mam stały rytm dnia, jestem lepiej zorganizowany.

W dodatku każdy dzień zaczynam od Słowa Bożego. Zyskują na tym wszyscy, nawet ci niewierzący. Po prostu dzięki temu jestem znacznie przyjemniejszym w obyciu człowiekiem.

Szczerze mówiąc sam nie wiem tak do końca jak to działa. Jednak widzę, że Tolkien faktycznie miał rację. Msza, na której jest zimno, za oknem ciemno, ty i inni czasem ziewacie, bo godzina Eucharystii jest wręcz niemoralna. Ale jesteś, przeżywasz, doświadczasz.

I właśnie dlatego polecam roraty.

in
%d bloggers like this: