Zabiłem Facebooka - Dox
Pseudopisarz

Zabiłem Facebooka

Zabiłem Facebooka

No tak po prostu. Stwierdziłem, że dłużej w takiej formie go nie zdzierżę, bo w jakimś stopniu to on zabijał mnie.

Wpis jest w zasadzie uzupełnieniem tekstu: A może siedzimy z nosami w telefonach, bo ludzie są nudni? – To w nim pisałem o tym, dlaczego siedzenie w telefonie jest spoko. Dziś napiszę, dlaczego często nie jest.

Zacznijmy od FOMO

FOMO, czyli Fear of missing out – jest to swego rodzaju lęk przed tym, że ominie Cię coś ważnego. U mnie, ale i pewnie u wielu z Was, sprowadzał się on do częstego sprawdzania, czy czasem któreś z facebookowych powiadomień nie świeci się na czerwono.

Przez wiele miesięcy miałem problem z tym, że chciałem zawsze być ze wszystkim na bieżąco. Chciałem odpisywać każdemu od razu, otrzymywać powiadomienia ze wszystkich najważniejszych fanpage’ów.

Ciągle miałem w głowie myśl, że hej, to może być ważne. A przecież w 99% wcale takim nie było. Mimo to co jakiś czas przerywałem swoją pracę, zakorzeniłem w mózgu częste powtarzanie kombinacji alt+tab. Do tego po każdej wibracji smartfona brałem go do ręki. Co często kończyło się kilkunastoma minutami czasu, który przeważnie szedł na zmarnowanie.

Stwierdziłem, że trzeba z tym walczyć. I tak od dłuższego czasu miałem spory kryzys twórczy, o którym też pewnie szerzej napiszę, ale to jeszcze trochę. Postanowiłem więc zmienić nieco sposób bycia.

O dziwo z pomocą przyszedł…ban od Cukiergóry. Przez miesiąc czasu nie miałem dostępu do Messengera. Postanowiłem również wylogować się na telefonie z Facebooka, nawet go nie przeglądałem z poziomu smartfona.

Czystka

Na laptopie przejrzałem wszystkie grupy, w których byłem. Nie pamiętam, z ilu wyszedłem, ale na pewno kilkudziesięciu. Odlajkowałem kilkaset fanpage’ów. Do dziś nie czuję braku żadnego.

Zauważyłem, że wiele rzeczy na Facebooku było dla mnie zwykłymi zapychaczami czasu. Czasem mając 10 minut wolnego czasu po prostu scrollowałem aktualności licząc na to, że trafię na coś ciekawego. Przeważnie nie trafiałem.

Stwierdziłem, że to przeszkadza mi w odblokowaniu się. Zamiast wziąć się w garść ja traciłem kolejne dnie, które przeciekały mi między palcami. Niby nie zawalałem życia prywatnego, ale też nie robiłem niczego ponad zwykłą codzienność. Wkurzałem się na siebie, ale nie robiłem z tym niczego konkretnego.

Aż do czasu.

Bo potem zabiłem Facebooka.

A przynajmniej jego bardzo istotną część – stronę główną. Zainstalowałem sobie bardzo niepozorną wtyczkę – Kill News Feed. Co ciekawe, wgrywając ją nie sądziłem, że jakkolwiek mi ona pomoże.

Powiedziałem sobie – Dobra Dox, wgraj to coś na dwa dni. Potem zobaczymy. Popaprańcy, minęły ponad dwa miesiące, a ja nie mam zamiaru jej usuwać.

Jak ona działa? Bardzo prosto. Po prostu wchodząc na fejsa nie widzicie żadnych aktualności. Ot, tyle. Mój Facebook wygląda tak:

Teraz zawsze jestem ze wszystkim na bieżąco.

Jeśli faktycznie chcę sprawdzić coś na jakimś profilu, po prostu na niego wchodzę. Skończyło się kilkuminutowe bezmózgie scrollowanie. Na początku myślałem, że będzie mi tego brakowało. Szybko się jednak zorientowałem, że wcale tak nie jest.

Nie twierdzę, że przeglądanie feedu jest złe i nie macie tego robić. Po prostu zauważyłem, że akurat na mnie miało ono zły wpływ. Poza tym to nie jest też tak, że teraz tego nie robię. Na smartfonie nie mam zainstalowanej tej wtyczki. Natomiast fejsa przeglądam tylko jadąc pociągiem na uczelnię (a i to nie zawsze) i tak z 5-10 minut przed snem. No i tyle wystarczy.

Hej, nie musisz od razu odpisywać

Z Messengerem też postanowiłem sobie poradzić. Teraz od razu czytam tylko wiadomości na konwersacji z ludźmi z pracy, bo tam faktycznie mam ważne rzeczy. Nauczyłem się jednak, że zwykłe rozmowy na spokojnie mogą poczekać. Nawet te pozornie ważne.

Teraz na przykład pisząc ten tekst ładnie napisałem do dwójki osób, że chętnie im doradzę, ale jutro. Bo dziś skupiam się na pisaniu dla Was. Nikt się nie obraził, bo i przecież nie ma o co.

Wow, to jednak da się mieć więcej czasu?

To nie jest też tak, że siedziałem na Facebooku nie wiadomo ile. U mnie problem nie był związany z długością jednej sesji, bardziej z ich częstotliwościami. Dziesięć sprawdzeń fejsa po piętnaście minut każde to dwie i pół godziny. Do tego częste wybijanie się z rzeczy, które aktualnie robię.

Nie nazwę stanu, w którym byłem jakimś wielkim uzależnieniem, które niszczyło mi życie. Było pierdołą, która przeszkadzała w wybiciu się ponad zwykłą codzienność. Myślę, że wiele osób ma podobny problem. Wystarczyło, że w moim życiu pojawiło się kilkadziesiąt minut więcej w ciągu dnia i można było zmniejszyć liczbę piętrzących się książek i artykułów do napisania.

Wcześniej mówiłem sobie – Dox, przeprowadziłeś się w nowe miejsce, łączysz studia z pracą, masz prawo nie mieć czasu. Nie, nie miałem prawa myśleć w ten sposób. Po prostu wyeliminowałem z życia wiele przeszkadzajek*, które skutecznie zabierały mi czas i chęci na robienie czegoś lepszego.

Być może też walczycie z czymś podobnym. Jeśli tak, szczerze i z całego serca polecam – zabijcie Facebooka.

*Nie tylko z fejsem musiałem się uporać, ale o tym będzie więcej w tekście “Jak wyjść z kryzysu”. Na niego jednak trzeba będzie jeszcze troszkę poczekać.

in
%d bloggers like this: